o chodzeniu w góry słów kilka
Całkiem niedawno minęła 20. rocznica wielkiej tragedii, która rozegrała sie w Himalajach 27 maja 1989 roku. Zginąła wtedy piątka polskich himalaistów: Eugeniusz Chrobak, Mirosław Dąsal, Mirosław Gardzielewski, Wacław Otręba i Andrzej Heinrich.. Najlepsi z najlepszych..
Tygodnik Powszechny opublikował wtedy tekst o tamtych wydarzeniach, który pokazywał tamte wydarzenia niejako oczami kobiet – żon himalaistów. Wywiązała się przy tym ogromna dyskusja internautów o sensie chodzenia w góry i niebezpieczeństwie z tym związanym. Jak to zwykle bywa na forach internetowych, po kilku pierwszych wpisach, “dyskusja” przerodziła sie we wzajemne przepychanki i obrzucanie epitetami. Zrobiło sie “normalnie”. Przeciwnicy okopali sie na z góry wyznaczonych pozycjach i za wszelką cenę starali sie forsować “swoją prawdę” – bo przecież moja prawda jest najmojsza. W zasadzie nie była to dyskusja ale ciąg monologów. Odnoszę bowiem wrażenie, że forumowicze (a zwłaszcza ta ich część, która w drastycznych i patetycznych słowach starała sie dowieść bezsens i głupotę chodzenia po górach) nie czytali tego co pisali inni. Ich komentarze i jak się wydaje odpowiedzi (- tylko na co?), były często pozbawione jakiejkolwiek merytorycznej wartości. Odbieganie od tematu, ataki ad personam – skąd my to znamy..? Czy nie da się rozmawiać normalnie – bez obrażania, bez inwektyw? Czy skonstruowanie choćby jednego argumentu, jednego merytorycznego zdania jest aż tak trudne?
Tak więc dyskusja rozgorzała. Ale nie o tym miało być…
Jako, że sam należę do tej chodzącej części świata, postanowiłem, że napiszę co o tym myślę, jak ja na to patrzę.
Dla mnie góry to przede wszystkim wolność. Tak, brzmi to banalnie i zostało już wyświechtane na wszelkie możliwe strony. Ale jest to prawda. W górach jest wolność. Zwłaszcza w tych trochę wyższych, gdzie nie ma namalowanych znaczków (no bo niby gdzie, na śniegu?), gdzie są wydeptane ścieżki albo ich nie ma, gdzie trzeba samemu szukać drogi. Właściwej drogi. Ale jest też wolność innego rodzaju. Ta nieuchwytna, wyczuwana podświadomie, pulsująca pod skórą, wybijana miarowym i szybkim rytmem serca, rozpierająca od środka. Wolność, którą chce się oddychać pełną piersią. Która jest wszędzie, która otacza i wypełnia.
Jest to też czas oderwania od codziennej rutyny. Egzamin, praca, niecierpiące zwłoki spotkanie – jakie to ma znaczenie tam, wysoko? Jakie to ma w ogóle znaczenie – wobec wieczności..?
Jest wreszcie coś, co każdy (albo prawie każdy) odczuwa na swój sposób. Coś co zwykło sie określać mistyką gór. Dotykiem jakiejś tajemnicy, transcendencji. Tam wiatr wieje inaczej i przynosi inne opowieści. Tego nie da sie usłyszeć w mieście. Idąc przed siebie, oczyszczając swoje myśli ze zbędnego zabiegania i natłoku, ma się wreszcie czas by sie chwilę zastanowić. Nad sobą, nad życiem, nad czasem, nad swoim miejscem na ziemi. Tu można odczuć i spotkać Boga…
Jest też rzecz jasna satysfakcja i radość. Z kolejnego zdobytego szczytu, z widoków, z samego chodzenia czy wspinania się. To niesamowite uczucie, kiedy po długim i uciążliwym marszu staje się w końcu na szczycie. Jest to uczucie, którego nie da sie porównać z żadnym innym.
Jest też jeszcze jeden, szczególny rodzaj satysfakcji. To radość z ciągłego przełamywania swoich ograniczeń, z kolejnego zwyciestwa nad zmęczeniem, niewyspaniem i samym sobą. To kształtuje człowieka, to buduje jego charakter.
Jest to swego rodzaju ładowanie akumulatorów. Lubię Kraków, dobrze się tu czuję. Chłonę każdego dnia jego niezwykłą atmosferę, klimat. Ale przychodzi czas, kiedy go nienawidzę. Najzwyczajniej w świecie sie duszę. Zamknięty w gąszczu ulic, opleciony murami kamienic czuję, że muszę sie stąd wyrwać. To jest właśnie ten moment, kiedy zaczyna się snuć plany o kolejnym wyjeździe. Albo pakuje sie plecak, żeby rano natychmiast pojechać w nasze polskie góry. Choćby na chwile. Żeby odetchnąć.
Oczywiście chodzenie po górach niesie ze sobą ryzyko. Nieszczęśliwe wypadki co chwilę uświadamiają nam, że nie da się wszystkiego przewidzieć, zaplanować, ustalić. Nie byłem nigdy w Himalajach, ani szczycie, który przekraczałby 6000 m.n.p.m., ale wiem, że “niższe” góry też potrafia być niebezpieczne. Każdy musi sam podjąć decyzję czy, na ile jest w stanie zaryzykować.
Nie rozumiem skrajnych opinii wypowiadanych przez ludzi, którzy nigdy w górach nie byli, że chodzenie tam jest bez sensu, że alpiniści są ludźmi nienormalnymi, że jest to największa głupota. Nie uważam żeby była to głupota w ogóle. Każdy ma taka pasję jaką chce. I nie zamierzam nikogo do gór namawiać, tak jak nie mam też zamiaru od nich nikogo odwodzić. Ci, którzy góry kochają i tak w nie pójdą, a ci, którzy tego nie rozumieją i tak nigdy nie dowiedzą się, co one mogą dać.
Pozostaje sprawa relacji rodzinnych. Przecież gros tych ludzi osierociło dzieci, zostawiło żony. Ale to też jest kwestia wyboru. Wyboru kobiet, które wiedzą z kim sie wiążą i na co sie decydują. Jest to również indywidualny wybór himalaistów – gdzie jest moja własna granica ryzyka, gdzie jest bariera, której nie wolno mi przekroczyć.
Jak tu zakończyć, żeby nie było banalni? Może lepiej nie pisać już nic, tylko zjąć się planowaniem kolejnego wyjazdu..
To smutne, że jestem, a raczej byłem jedynym komentującym, ale czy Ciebie to przeraża ?
Artur Kharchenko
16 wrzesień 2009 at 23:53